Oriana Fallaci „Inszallah”

Dlaczego wojna tak fascynuje? To była główna myśl podczas lektury „Inszallah”. Zaznaczyć chcę, że nie miałam na myśli ekscytacji śmiercią, raczej relacjami, które powstają pomiędzy uczestnikami takich wydarzeń. Kiedy pozostajemy w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia, wszystko co nieistotne przestaje się liczyć. Świat staje się kontrastowy, ostrzejszy, wręcz czarno-biały – przeżyć, zjeść, przespać się – przetrwać kolejny dzień. Może dlatego ludzie ciągle i ciągle wracają do sytuacji ekstremalnych, gdy nie trzeba zajmować się trywialnościami dnia codziennego i niuansami powszedniości.

img_4636

Nieuchronność, karma, los, antyczne fatum. Nieważne jak byśmy kierowali naszym życiem, to co jest nam pisane i tak się wydarzy. Zgadzam się z takim przekazem Pani Fallaci, ale tylko do pewnego momentu. Jesteśmy, uważam, kowalami własnego losu. Wierzę, że możemy na niego wpływać, nawet poprzez maleńkie, mikroskopijne decyzje. Inaczej byłoby przerażająco, bo utracilibyśmy nadzieję na zmianę. A to podstawa, bo bez nadziei odechciewa się wszystkiego, wiem coś o tym. To nadzieja popycha nas do działania i daje siłę by wstać rano i zrobić coś innego, niezwykłego, a może nawet po raz tysięczny tego czegoś zwykłego.

„Inszallah” jest dla mnie pierwszą powieścią Oriany Fallaci. Konstrukcja nosi wiele cech greckiej tragedii (fatum postaci, konflikt – zderzenie dwóch przeciwstawnych światopoglądów, prowadzący do nieuniknionej katastrofy – potworne wydarzenia otwierające akcję, jednoosobowy chór komentujący wydarzenia). Po pierwszych, przerażających opisach, następuje uspokojenie – długie, dokładne przedstawienie bohaterów tragedii – żołnierzy włoskiego kontyngentu stacjonującego w pogrążonym konfliktem Bejrucie. Te fragmenty mogą wydać się monotonne i mało ciekawe, ale warto przedrzeć się przez te strony, bo wyjaśniają wiele kiedy, obserwujemy zachowanie i decyzje podejmowane przez bohaterów.

„Inszallah” coraz to połykała mnie i wypluwała. Wciągała, nie dając oderwać się, pochłaniałam strony gwałtownej akcji, by potem z uspokojeniem, zagłębić się w refleksjach autorki.

Lektura „Inszallah” to rodzaj katharsis – oczyszczenia, opowiedziana historia jeszcze długo wraca do mnie, nie pozwala o sobie zapomnieć.

img_4642

Wczoraj minęła 10. rocznica śmierci Oriany. Teraz czytam jej wstrząsającą, publicystyczną, „Siłę rozumu”.

ps. Po zakończeniu lektury „Inszallah” długo zbierałam się do napisania  o tej książce, moje wrażenia musiały dojrzeć, wyklarować się. Tutaj mój wpis kiedy zaczynałam ją czytać ==> link.

6 dni na Głównym Szlaku Beskidzkim

Czerwony, Główny Szlak Beskidzki – w tym roku rzucił nam wyzwanie. Codzienny marsz po górach, z całym dobytkiem na grzbiecie i 200 km w górę i w dół – to był nasz plan na drugą połowę sierpnia, czyli dwa tygodnie, a przynajmniej 10 dni. Planowanie sobie, a życie sobie, bo tych 10 skurczyło się do dni sześciu. Kontuzje oraz młodzieńczy bunt – oto dwa główne powody skrócenia pobytu w Beskidach.

DSC_0239

Główny Szlak Beskidzki – Czerwony, okolice Hali Miziowej

Łącznie daliśmy radę 85 kilometrom po górach.

Doświadczenie wspaniałe. Jesteś tylko tu i teraz, walcząc z własną słabością. Nie pozwalasz sobie na marudzenie i narzekanie, bo to nic nie da, może tylko popsuć atmosferę w twojej „bandzie”. Zostają jedynie sprawy najważniejsze: woda, jedzenie, nocleg, odpoczynek, przejść, dotrwać. No i jest przyroda. Wszystko inne nie ma znaczenia, ubranie, błoto, fryzura. Widzimy tylko nasze uśmiechy. Idziemy z „bananami” na ustach, rozglądając się dookoła i gapiąc jakbyśmy po raz pierwszy byli w górach.

Tygodniowa wyprawa w góry nie jest rzeczą łatwą. Trasę trzeba wcześniej, z głową, zaplanować. Taki intensywny pobyt w górach to przede wszystkim o dobre, dobre i jeszcze raz dobre buty. Na twardej podeszwie, za kostkę i wodoodporne, bo nawet w niskich Beskidach, latem, na waszej drodze będą kamieniste podejścia, przeprawa przez strumienie i zabagnione łąki, skoki przez ogromne kałuże, przejście przez halę porośniętą wysoką trawą, zejścia po śliskich wilgotnych skałach i strome, gliniaste ścieżki. Po deszczach, szlakami zaczynają płynąć potoki. W trawach mieszkają sobie żmije zygzakowate, dlatego wysokie turystyczne buty to podstawa wędrówki. Polecam również żelowe wkładki, które przy wielodniowym marszu zwiększą amortyzację naszych kroków.

Po drugie: w plecaku niech będzie tylko to, co jest niezbędne. Wszystko co zabierzecie z domu trzeba będzie nosić na własnych barkach. Na wyprawę nie zabrałam dlatego mojej ciężkiej lustrzanki (choć długo się nad tym zastanawiałam, ale wierzcie, przy wielogodzinnym marszu nie ma czasu na wielokrotne postoje i wycyzelowane zdjęcia). Zdęjcia w tym wpisie zrobione zostały tylko telefonem, wybaczcie proszę ich jakość. Książkę, którą w końcu postanowiłam zabrać, zostawiłam w którymś kolejnym schronisku – dodatkowy ciężar, a po kolacji po prostu zasypiałam nie przeczytawszy ani słowa. Książkę, po prostu kupię ponownie.

2016-08-21-21-13-58

Rysianka – Hala Miziowa, maszerujemy z całym dobytkiem

Po trzecie zaopatrzcie się w zdrowe, wysoko energetyczne przekąski – zdrowe batony, orzechy, rodzynki, daktyle i inne suszone owoce i dodatkowo w dobrze przyswajalne witaminy – magnez, potas, wapń, witaminy B kompleks, witamina C. Miejcie zawsze dużo wody. Waszym nogom będzie potrzebne dużo plastrów i talk.

Po czwarte dieta ściśle wegetariańska na szlaku nie jest możliwa, chyba, że codziennie jesteście w stanie jeść  pierogi lub naleśniki, albo niesiecie całe swoje jedzenie na własnych plecach. I tutaj moja odezwa do ajentów i właścicieli schronisk –  MY WEGETARIANIE, PROSIMY O WIĘCEJ DAŃ BEZMIĘSNYCH, I NIE MĄCZNYCH !!! ( w przygotowaniu jest wpis z moimi propozycjami na dania wegetariańskie na szlaku)

2016-08-19-17-19-28

po drodze można się żywić jeżynami i jagodami, w ogromnych ilościach

Na koniec zawsze pilnujcie się szlaku, jeżeli nie widzicie oznaczeń przez kilka minut cofnijcie się do miejsca, gdzie było ostatnie oznaczenie. Zawsze trzymajcie się wyznaczonego szlaku, jeżeli droga jest zamknięta przez ścinkę drzew, oznacza to, że przejście szlakiem jest fizycznie niemożliwe. Idźcie obejściem, i tutaj też uważajcie na oznaczenia – nie są często tak dobre jak prawdziwy szlak.

A teraz opis naszej wyprawy – dzień po dniu:

Dzień 1.: Ustroń – Ustroń Zdrój – Równica – Ustroń Polana – Wielka Czantoria – Soszów (start 12.00 – meta 19.00) – 17 km

Z pociągu wysiedliśmy omyłkowo na stacji Ustroń – dawnym początku Głównego Szlaku Beskidzkiego. Choć nie mieliśmy tego w planie, na ulicy Daszyńskiego, przeszliśmy obok znanego dębu „Sobieskiego” zasadzonego przez mieszkańców na pamiątkę przejścia przez Ustroń wojsk króla Jana III Sobieskiego, idących na odsiecz Wiedniowi.

Ze stacji Ustroń do punktu początkowego GSB – stacji Ustroń Zdrój, musieliśmy dojść około 1,5 km. Tutaj pojawiły się już biało-czerwono-białe oznaczenia szlaku, które prowadziły do pierwszego punktu – schroniska na Równicy.

Po wyjściu z miasteczka, zaczęło się naprawdę trudne podejście – strome, kamieniste, prowadzące przez strumień, miejscami śliskie od grząskiego błota. Prawie pod samym szczytem minęliśmy Kamień Ewangelików – miejsce spotkań XVII wiecznych ewangelików, gdzie teraz odbywają się msze, a my złapaliśmy tu oddech po pierwszym stromym wyzwaniu. Do schroniska jest stamtąd dosłownie 5 minut marszu. Jakież było nasze zdziwienie, gdy wyszliśmy z lasu na parking pełen ludzi, samochodów i gwaru turystów (sic!). Pod schroniskiem Równica krótki odpoczynek, napoje i marsz w dół. Ścieżka szlaku wije się tutaj, przecinając drogę asfaltową. Podczas tego zejścia źle postawiona noga, na ruchomym kamieniu spowodowała wygięcie stopy i upadek. Przestraszyłam się, że nasza wyprawa skończy się zanim na dobre się zaczęła, ale było to tylko nadwyrężenie stawu w kostce. Opuchlizna i siniak – to właśnie zobaczyłam po zejściu do Ustronia Polany, ale okłady z lodu, maść na stawy, i proszek przeciwbólowy postawiły mnie na nogi. Moja kontuzja oraz czekająca nas jeszcze wędrówka do schroniska na Soszowie, była dla nas wystarczającym powodem by pozwolić sobie na odrobinę luksusu – czyli wjazd wyciągiem krzesełkowym na Czantorię (co gorąco polecam :-)). Szczyt Wielka Czantoria to już Czechy, jeśli ktoś chce, to dobra chwila na czeskie piwo.

2016-08-16-20-25-36

Od wieży na Wielkiej Czantorii droga prowadzi wzdłuż polsko-czeskiej granicy i jak zwykle brak tu polskiego zasięgu (uwaga na włączony transfer danych w telefonie). Po drodze różnie – płaskie, wygodne ścieżki, kamieniste, strome zejścia. Ale ogólnie bez większych trudności.

2016-08-16-20-28-18Prawie wyludniony szlak doprowadził nas do tak wyczekiwanego pierwszego noclegu. Schronisko na Soszowie – jedno z najstarszych w Beskidzie Śląskim, powitało nas przepięknym otoczeniem, ogniskiem, przyjazną atmosferą, skromnym pokoikiem i pysznym jedzeniem.  Pochłonęłam przeogromną, jak na mnie, ilość jedzenia – porcję grochówki i kluski na parze w sosie jagodowym.

2016-08-16-20-24-20

Nie mieliśmy sił na jakiekolwiek życie towarzyskie i już o 21.30 spaliśmy mocnym snem. A w środku nocy przebudzenie, bolące nogi nie dawały spać. Kręciłam się z boku na bok ponad godzinę, aż zmęczenie znowu zwyciężyło. Takie przebudzenia z powodu bolących nóg zdarzały się podczas wyprawy codziennie, a nawet jeszcze kilka dni po powrocie do domu.

Dzień 2.: Soszów – Stożek Wielki – Przełęcz Kubalonka – Stecówka – Przysłop (start 10.00 – meta 18.30) – 21,4 km

Drugi dzień zaczęliśmy ostro pod górę, by po chwili od szczytu Cieślar, 2016-08-16-20-23-34podziwiać widoki i iść szlakiem prowadzącym grzbietem. Trochę w górę i w dół. Dopiero poważniejsze wyzwanie stanowiło ostre podejście pod Stożek Wielki, i tutaj znowu pełne turystów schronisko, z których większość dotarła tam wyciągiem krzesełkowym. Po krótkim odsapnięciu, ruszyliśmy dalej, mijając przepiękne Kiczory z fantastycznymi skałkami.DSC_0185

DSC_0187

Kiczory

DSC_0191

martwy las, okolica Kiczorów

Dalej zaczęło się zejście, z jednym krótkim, aczkolwiek stromym podejściem, do przełęczy Kubalonka.

Podczas zejścia z Kiczorów po raz pierwszy pojawiły się problemy ze stopami, i do Kubalonki ledwo doczłapałam. Drobny posiłek, w mało przytulnym barze, to dla mnie wspomnienie bólu nóg i pierwszego kryzysu, nie miałam siły, a iść trzeba było. Z przełęczy Kubalonka, do następnego punktu – schroniska Stecówka, prowadzą dwie drogi. Pierwsza szlakiem, druga asfaltem – dla spacerujących. Muszę się przyznać, że wykończona wędrówką w górę i w dół kamienistym szlakiem, pozwoliłam sobie na odrobinę luksusu, bo  przekonałam swoich towarzyszy, by na chwilę zejść na spacerowy asfalt. W Stecówce chcieliśmy chwilę odetchnąć, zjeść coś, napić się, zebrać siły na dojście do Przysłopa. Niestety budynek był w remoncie (i pewnie pozostanie w nim jeszcze do następnego sezonu), żadnych szans na nocleg czy kupienie czegokolwiek. Na szczęście drogowskaz wskazywał 1h 15 min do celu naszego drugiego dnia. Po godzinnej wędrówce, ku naszemu zaskoczeniu, kolejny drogowskaz na Przysłop znowu wskazywał  1 h 15 min (takie nieporozumienia zdarzyły się nam dwa czy trzy razy w ciągu 6 dni). Wierzcie mi, coś takiego, po całym dniu wędrówki może osłabić. Wyjścia jednak nie ma i iść trzeba. Na szczęście druga tabliczka była przesadzona i po mniej więcej 45 minutach, w części stromej wędrówki pod górę, dotarliśmy do Schroniska Przysłop. Przysłop – w dwóch słowach – jako tako z zewnątrz, w środku, pokoje i łazienki dla tych mniej wybrednych.

Dzień 3.: Przysłop – Barania Góra – Węgierska Górka (start 9.00 – meta 16.00) – 17,1 km

Ten dzień zapamiętałam jako dzień zejścia, dosłownie i w przenośni. Marsz w dół, prawie cały czas. Takie dni, to najlepszy test dla Waszych butów. Moje nie sprawdziły się i na finiszu, na palcach i stopach obu nóg pojawiło się mniej więcej sześć bąbli. Firma znana, ale produkuje buty, które nie nadają się do codziennego, intensywnego marszu. Wracając jednak do początku dnia – Schronisko Przysłop, 45 minut podejścia i jesteśmy na Baraniej Górze, a tutaj wieża i widok na 360 stopni. Cudnie, może niebo trochę zachmurzone, ale cudnie.

2016-08-16-20-20-56

Mysia Polana

Po drodze na Baranią Górę, mijamy Mysią Polanę z rezerwatem głuszca, gdzie kiedyś polowali na te ptaki Habsburgowie (przejście Stecówka-Barania Góra to fragment specjalnego szlaku historyczno-turystycznego – oznaczonego literą H z koroną). 2016-08-16-20-09-43Z Baraniej Góry schodzimy wąskim, ale ciekawym trawersem do Magurki Wiślańskiej, potem trochę w górę i w dół przez Magurkę Radziechowską i Glinne, 2016-08-16-20-17-16ze skałami i przepięknymi widokami.

2016-08-31-07-57-48

za nami Magurka Radziechowska, przed nami Glinne

Ze szczytu Glinne prowadzi ostre, długie, długie zejście do Węgierskiej Górki.

2016-08-16-20-15-04

przed zejściem do Węgierskiej Górki

Tam znaleźliśmy, przy samym szlaku, przemiłą agroturystykę. Bardzo dziękujemy za wspaniałą gościnę.

Dzień 4.: Węgierska Górka – Żabnica – Abrahamów – Rysianka (start 12.00 – meta 18.00) – 15,7 km

2016-08-19-17-15-43

widok na Żabnicę

Ten dzień nazwałabym – sądnym dniem. Ciężki, prawie cały czas pod górę od Żabnicy, miejscowości za Węgierską Górką, aż do samego końca. Upał, skoki przez strumienie, kałuże, bagniska, ścieżki z dyżymi, chybotliwymi kamieniami, obejście szlaku. 2016-08-31-07-54-132016-08-21-21-00-22Trudny marsz, ale widoki jak zwykle przecudowne.

2016-08-21-20-51-32

Abrahamów – ręcznie robione snopki

2016-08-21-21-04-20Tego dnia, mój organizm odciął mi zasilanie już o godzinie 19.30. A szkoda bo schronisko na Rysiance było naprawdę wspaniałe, z cudownymi widokami na Beskidy, Tatry, Słowackie i Czeskie Tatry. Po prostu góry 360 stopni wokół.

Wzdłuż dużej części szlaku dnia czwartego, prowadził Szlak Papieski, a po drodze kilkanaście kapliczek.

2016-08-21-21-11-16

jeszcze pół godziny do Rysianki

 

Dzień 5.: Rysianka – Hala Miziowa (start 10.00 – meta 14.00) – 7,1 km

DSC_0233

Poranny widok z jadalni schroniska na Rysiance

To naprawdę przyjemny, miły spacerek. Kilka podejść, kilka zejść. Trochę przedzierania się przez błota i już. DSC_0235Po kilku dniach naprawdę intensywnego marszu to był dzień ulgowy, wręcz czas odpoczynku. DSC_0238Po dotarciu do schroniska na Hali Miziowej DSC_0237moje poranione stopy wymagały porządnego relaksu, natomiast moi towarzysze wybrali się jeszcze na Pilsko, dosłownie 45 min w górę, a ja pod schroniskiem w oczekiwaniu na pokój kontemplowałam widok Babiej Góry, która na nas czekała.

DSC_0240

Babia Góra po prawej

Schronisko Mizianka, to miejsce bardziej komercyjne od pozostałych schronisk.

DSC_0244

chata z grillem na hali Miziowej

Chyba najmniej klimatyczne i nie dostało w wspomnieniach specjalnego miejsca. Taki po prostu dom wczasowy i już. Bez klimatu i atmosfery górskiego schroniska.

Dzień 6.: Hala Miziowa – Korbielów – około 7 km

To był ostatni dzień w górach.

DSC_0250

Korbielów

Zejście z Mizianki do Korbielowa, to jakieś 2-2,5 h, czasem stromo, czasem płasko. No i nie był to już czerwony Główny Szlak Beskidzki. Stąd można złapać autobus do Żywca lub Krakowa. No i skończyliśmy ten etap GSB, bo kontuzje, zmęczenie i młodzieńczy bunt, ale jeszcze u wrócimy i zaczniemy od zdobycia Babiej Góry – królowej Beskidów. Do zobaczenia!

 

Dziennik Powstańca

1 sierpnia od zawsze był dla mnie datą szczególną. Jest to rocznica, która ze wszystkich historycznych dat, ma dla mnie największe znaczenie. Wydarzenia, które rozgrywały się na ulicach i w miejscach, tak blisko mojego rodzinnego domu, są dla mnie wyjątkowe, bo rozgrywały się tuż za rogiem, kilka przecznic od późniejszych bloków mojego osiedla.  Tyle osób, dzieliło się ze mną, własnymi przeżyciami z Powstania i gehenny jaka stała się losem ludności cywilnej. Kiedy słyszę warszawskie syreny, czuję ogromne wzruszenie, tak jakbym przeniosła się w czasie do roku 1944.

Na dziś, jako lekturę, polecam gorąco „Dziennik Powstańca” Zbigniewa Czajkowskiego. Wieczorem, kiedy umilknął już syreny, sięgnę, jak co roku po tę książkę.

Zatrzymajmy się o 17 choć na chwilę.

Warszawo, pamiętamy!

dziennik powstańca

czas i 4 warzywa do balkonowej uprawy

Nawet nie wiem kiedy minął ponad miesiąc od poprzedniego wpisu. Czas gna niesamowicie szybko. Pędzę za nim , chcę go rozciągnąć. A on nic, jest bezwzględny, nieczuły, Tik, tak, cyk, cyk – i kolejna minęła chwila. Carpe diem – ale kiedy? Poza priotytetami nie zostaje czasu na cieszenie się chwilą. Znasz to z autopsji? Ty i ja , pewnie nie jesteśmy jedynymi, co tak czują. Tyle planów i pomysłów w głowie, które na zawsze zostaną niezrealizowane. Moje życie jest jak zdanie z listu motywacyjnego „mam zdolność nadawania priorytetów”, a może inaczej „moje dni to same priorytety – na głupoty nie zostaje mi czasu”. Choć muszę się przyznać, że te głupoty z czasem stają się priorytetami, bo ileż można robić ważnych rzeczy, czas na te mniej ważne też jest istotny – bo wtedy priorytetem staje się utrzymanie równowagi i odpoczynek i nierobienie nic. A czas mija i ucieka mi. Zostań, nie uciekaj, poczekaj, zatrzymaj się! A on nic, głuchy jest. Istnieje na niego jakiś sposób?

Lato to ogródek. Ogródek i praca, biurowa niestety, która tego roku mnie nie oszczędza, i właśnie dlatego coraz mnie mniej na blogu, co bardzo mi doskwiera.

Ogródek czy balkon,niestety, dla mnie stety, jest najważniejszy. Jeżeli nie dopilnujemy podlewania, okrywania, dokarmiania, rośliny nam zmarnieją i odwdzięczą się nam tyle co nic.

Warzywa do uprawy pojemnikowej – balkonowej:

  1. czosnek

Pamiętacie jak na jesieni sadziłam czosnek? (tutaj link) No to właśnie te ząbki wyrosły teraz na dorodne główki. Jakieś dwa tygodnie temu (w pierwszej dekadzie lipca) gdy łodygi zaczęły już przysychać, główki zostały wyciągnięte z ziemi.

Uprawa czosnku – doświadczenia z tego roku i poprzednich lat – odstęp pomiędzy posadzonymi ząbkami nie powinien być mniejszy niż 15 cm (główki rosną wtedy piękne i duże), czosnek nie przepada za zbyt wilgotną ziemią, najlepiej rośnie w przepuszczalnym, dobrze zdrenowanym podłożu. Czosnek uprawiam już trzeci sezon i zawsze sadziłam ząbki do ziemi pod koniec jesieni, zaraz przed przymrozkami. Ząbki były z normalnych, kupnych główek (ostatniej jesieni posadziłam ząbki z własnego czosnku z poprzedniego roku), z odmiany „ozimej” – trzeba znaleźć odpowiedniego sprzedawcę na bazarku, który wie co ma.

Czosnek z własnej, biodynamicznej uprawy jest znacznie bardziej aromatyczny i mocniejszy. Nie porównuje się do niego nawet czosnek z certyfikatem ekologicznym.

Czosnku jeszcze nie próbowałam uprawiać w donicach, ale powinien się udać. Donicę tylko trzeba osłonić podczas największych mrozów.

 

2. marchewka Mercado de Paris

Marcheweczki odmiana Mercado de Paris, którą z powodzeniem można uprawiać w donicach. Pękate, i krótkie, trochę przypominające wielkością rzodkiewki. Może ich kształt nie jest idealny, ale jakie dobre.

W tym roku, eksperymentalnie posiałam marchewkę w rozsadniku (plastikowy pojemnik po pomidorach koktajlowych😉 ), a kiedy zrobiło się ciepło i sadzonki miały 4-5 cm zasadziłam je w dużej skrzyni i… wyrosły. Można też, to przetestowałam w jednym z poprzednich sezonów, posadzić tę odmianę w skrzynkach balkonowych. Jedynym mankamentem płytkich skrzynek jest to, że ziemia w nich szybko wysycha i trzeba pilnować odpowiedniego nawadniania naszych warzyw. Ziemię w takiej skrzynce warto przykryć np. skoszoną trawą, aby choć trochę zapobiec szybkiemu wysychaniu.

 

3. cukinia

Cukinie są bardzo żarłoczne (wymagają bardzo żyznej gleby)  i potrzebują dużo miejsca. Można je z powodzeniem uprawiać w dużej skrzyni. W tym roku posadziłam cukinie i dynie zbyt późno, i chyba w nieodpowiednim miejscu – nie mają wystarczająco dużo przestrzeni wokół i dlatego zbiory tego lata nie są imponujące. A bywało inaczej, ach!

Owoce cukinii, kiedy już się zawiążą, rosną bardzo szybko, a jak mają żyzne podłoże owocują fantastycznie, z jednego rośliny można mieć nawet jeden owoc tygodniowo. Do tej uprawy potrzebna jest spora skrzynia albo pojemnik.

 

4. fasolka tyczna szparagowa lub mamut

IMG_4458

Moja ukochana letnia fasolka. Tyczna. Uprawiam ją co roku od 4-5 lat. Teraz już wyrasta z ziarenek, które zostawiłam z poprzednich lat. W tym roku sprawdzam, czy daje radę rosnąć w dużej donicy. I tak, spokojnie na balkonie można posadzić taką fasolkę. Fasolka lubi żyzną i wilgotną ziemię. Dokarmiam ją kilka razy w sezonie – ekologicznymi nawozami lub ziemią kompostową.

Bardzo lubię tę odmianę, bo daje plony aż do pierwszych chłodów. Mięsista, słodka, bez łyka. Pięknie się rozrasta i może być użytkową odmianą pnączy. Wrażliwa jest niestety na wiatry. W tym roku wichury jej nie służyły, ale już dochodzi do siebie i powoli mamy jej na obiady coraz więcej. Lubię, poza tym, kiedy jej strąki natrafiają na jakąś przeszkodę i zawijają się wtedy dracznie.

Własne warzywa to wielka frajda. Polecam to wysztkim. Spróbujcie na własnych balkonach. Czuwaj!

Wegańskie puchatki z jogurtem i jagodami kamczackimi

Myślicie czasem by odmienić swoje życie? Ja myślę o tym nieustannie. I doszłam do jednego, wydaje mi się, najważniejszego wniosku: nie wystarczy o tym myśleć – trzeba działać. No i, żeby  zmienić świat wokół trzeba zacząć od siebie. Może nie od razu wszystko, bo rewolucje wiadomo jak się kończą, ale powoli, powolutku, po jednym, i … wytrwale. Obierzcie sobie cel, znajdźcie do niego drogę i zacznijcie nią iść. Po stopce, nawet po centymetrze, ale do przodu. Czasami nawet trzeba się cofnąć by z impetem ruszyć do przodu. Ale działajcie, róbcie coś, nie poddawajcie się. Trzymam kciuki, i Wy trzymajcie proszę za mnie🙂

IMG_0006

A tymczasem, zapowiedzane poprzednio puchate placuszki przedstawiają się.

Smak jagód kamczackich, o których więcej pisałam w poprzednim wpisie (==> link), najlepiej będzie podkreślony w bardzo prostym daniu. Może to być nasze pożywne śniadanie, albo deser. Lekki, słodko-kwaskowy smak jagody kamczackiej, podkreślony jest tutaj przez charakterność jogurtu w stylu greckim. Jeżeli nie macie dostępu do jagód kamczackich użyjcie jagód leśnych, lub mało słodkich konfitur (truskawkowych lub jagodowych).

IMG_0003_1

Przepis na kilkanaście placuszków

2 szklanki (280g) mąki

1,5 łyżki mielonego siemienia lnianego

1 łyżeczka proszku do pieczenia (oczywiście jak zwykle namawiam do ekologicznego z kamieniem winnym)

szczypta soli

2,5 szklanki wody

olej do głębokiego smażenia (około 1/3 butelki)

pół szklanki jagód kamczackich

jogurt (mleczny lub wegański) typu greckiego

kilka listków mięty pieprzowej do dekoracji

IMG_0005_4_1

Łączymy ze sobą suche składniki (mąka, simie, proszek do pieczenia, sól), wlewamy wodę i mieszamy aż do uzyskania gładkiego ciasta o trochę gęstszej konsystencji niż ciasto naleśnikowe.

Do rondla lub głębokiej patelni wlewamy olej na głębokość 2-2,5 cm (im głębszy olej, tym wyższe będą placuszki), mocno rozgrzewamy i wlewamy partami, po 2-3 łyżki na placek, smażymy z obu stron przez maksimum minutę, na

złoto-brązowy kolor. Po wyjęciu, odsączamy z oleju na ręczniku papierowym. Podajemy z jogurtem typu greckiego i posypujemy jagodami. Smacznego.

Czuwaj🙂

IMG_0006_2

 

 

Najlepsze jagody pod słońcem

Nic nie jest trwałe. Cały świat wokół nas nieustannie się zmienia. Nawet najtwardszy kamień podlega erozji, nie mówiąc już o naszych organizmach. Pomimo to, żeby przez długie lata pozostać w dobrym zdrowu powinniśmy bardzo zwracać uwagę na to co jemy.

Wiele z schorzeń, które nas dotykają mają podłoże metaboliczne (niektórzy naukowcy twierdzą, że nawet ponad 80%), czyli wpływa na nie to co spożywamy. Jednym z najbardziej niszczycielskich procesów wpływającym na nasze ciało jest utlenianie, które powodować może powstawanie wolnych rodników a potem komórek rakotwórczych, stanów zapalnych, reakcji alergicznych.

Owocem, który jest prawdopodobnie najmocniejszym przeciwutleniaczem – jest mało u nas znana jagoda kamczacka. Jej współczynnik ORAC wynosi 21 647/100g świeżego owocu (zalecana dzienna dawka to 5 000 – 1/4 szklanka jagody kamczackiej), i jest o prawie 5 000 pkt wyższy niż współczynnik aronii (16 062), i czterokrotnie wyższy niż ORAC borówki amerykańskiej (4 669).

W 100g owocu jagoda ta zawiera aż 59 mg Wapnia, 65 mg Witaminy C, i 48mg Fosforu, znacznie więcej niż winogrona i pomidory.

Fito-substancje zawarte w tych jagodach mają ochronny wpływ na wątrobę, tkankę nerwową, naczynia kwrionośne, siatkówkę i naczyniówkę oka, działają przeciwcukrzycowo, przeciwzawałowo, antyoksydacyjnie, przeciwzapalnie, przeciwzakrzepowo. Mają również działanie ochronne na trzustkę, układ wieńcowy, rozszerza naczynia i zapobiega miażdzycy. Polecane przy: stanach zapalnych wątroby, trzustki, nerek, degradacji układu nerwowego, nieszczelności i stanach zapalnych jelitchoroby alergiczne, degradacje i stany zapalne oka, itd, itd.

Niestety, na większości bazarków te jagody są niedostępne, dlatego trzeba samemu je uprawiać. Mi, kilka lat temu, w stoisku ogrodniczym zwykłego supermarketu, udało się kupić trzy sadzonki. Poszukajcie. Podobno łatwo można przygotować sadzonki – ja właśnie próbuję.

Jagody kamczackie (nazwa poprawna wiciokrzew siny) rosną w rejonie Azji Północno-Wschodniej. Są krzewami odpornymi na srogie warunki pogodowe, czyli idealne do naszego klimatu. Kwitną wczesną wiosną, a owocują właśnie teraz, znacznie przed, tak popularnymi borówkami amerykańskimi. Nie są trudne w uprawie. Jako większe krzaki znoszą nawet przesadzanie – dwa lata temu moje wykopane były na kilka dni w związku z pracami remontowymi na moim osiedlu, i przeżyły. W tym roku owocują u mnie po raz czwarty. W pierwszym roku były słownie dwa owocki, a w tej wiosny zebrałam z trzech małych krzaczków ponad szklankę jagód.

Kwaskowe w smaku, są  dzięki temu świetnym składnikiem koktajli albo doskonałe jako dodatek do naleśników.

Jeżeli uda Wam się kupić gdzieś takie jagody to najlepiej jeść je na surowo. Proponuję np. taki koktajl mojego pomysłu, ze świetnie zrównoważonymi smakami.

Koktajl/smoothie z jagodami kamczackimi (wegański) dla dwóch osób

2 banany

3/4 szklanki truskawek

1/2 szklanki jagód kamczackich

5 dużych liści mięty najlepiej pieprzowej

1/2-3/4 szklanki wody

Na zdrowie!🙂

PS. W następnym odcinku placuszki wegańskie z jogurtem greckim i jagodami. Czuwaj!

 

Żródła:

http://www.rozanski.li; http://www.jagoda-kamczacka.com; http://www.pl.wikipedia.org

Babka na talerzu – pierwszy krok do samowystarczalności

Samowystarczalność. Moim sekretnym marzeniem jest mieszkać w domu otoczonym wielkim ogrodem, z ogromnym warzywnikiem. Widzę siebie jak gotuję wykorzystując wszystko co może ofiarować mi pani Flora. Chciałabym omijać sklepy tak często jak to tylko możliwe, znajdując w ogrodzie i otaczającej przyrodzie jedzenie jakiego potrzebuję. Dlatego jedną z książek, do których ostatnio często sięgam jest „Dzika kuchnia” Łukasza Łuczaja. Dzięki niej bawię się ostatnio w „babkę zielarkę” i chodzę z nosem w trawie.

IMG_4349

Jeden z ostatnich weekendów był sponsorowany przez literę B jak babka (lancetowata). Wraz z cudowną gospodynią miejsca sobotnio-niedzielnego wypadu, zbierałyśmy jadalne dzikie rośliny, ścigając się z koszącym trawę gospodarzem. Ja ograniczyłam się do poszukiwania babki, o której wcześniej trochę czytałam, natomiast moja towarzyszka zbierała dodatkowo szczaw, popularny niegdyś, a teraz raczej zapomniany.

Babka lancetowata – w naszych ogródkach uważana obecnie za chwast, była i jest w zielarstwie ważnym materiałem. Jej wyciąg stosowany jest w schorzeniach układu pokarmowego i oddechowego (działanie przeciwkaszlowe, przeciwzapalne i osłaniające), zewnętrznie – surowe liście to popularne antidotum na ukąszenia owadów i rany. Różne gatunki babki stosowane były w kuchniach ludowych na całym świecie, od Francji i Włoch po Chiny, a nawet Amerykę Północną.

Babka lancetowata występuje na suchych, piaszczystych łąkach, a liście zbiera się po kwitnieniu, od maja do września.

Od dawna poszukiwałam tego ziela, bo chodziło mi właśnie o tę odmianę, i wreszcie udało się, a moje zbiory postanowiłam wykorzystać w mojej kuchni. Jestem wielką miłośniczką indyjskich dań zbożowych – dlatego babka lancetowata wydała mi się wprost idealna jako nadzienie placków paratha – popularnych indyjskich chlebków. Często robię sobie tego rodzaju przysmaki na zimny lunch do pracy. Co i Wam polecam.

paratha1

Przepis

300 g mąki pół na pół zwykłej i pełnoziarnistej pszennej typ 2000

2-3 łyżki oleju kokosowego lub ghee (masła klarowanego, najlepiej własnej produkcji)

łyżeczka soli (najlepiej różowej himalajskiej)

około pół szklanki wody

pęczek liści babki lancetowatej

1-2 łyżki oliwy z oliwek

1 łyżeczka kuminu (kmin rzymski)

1 łyżeczka garam masala

suszona lub świeża papryczka chilli

Ciasto: Do mąki dodajemy sól i olej kokosowy, palcami rozdrabniając, żeby otrzymać jednolitą, sypką „masę”, a następnie stopniowo dodajemy wodę, wyrabiamy, żeby otrzymać ciasto o konsystencji plasteliny i odkładamy przykryte na 30 minut do lodówki.

Farsz: Liście babki tniemy na 1-2 cm kawałki. Na rozgrzaną patelnię wrzucamy kumin, prażymy przez chwilę, dodajemy świeżej lub suszonej chilli (ja lubię ostro i dodaję porządną szczyptę), a następnie oliwę, garam masalę i dusimy przez maksimum 5 minut pod przykryciem.

Ciasto dzielimy tak aby otrzymać 16 kulek i każdą rozwałkowujemy by utworzyć równe placki o średnicy około 10 cm. Na jednym placku kładziemy łyżeczkę farszu, równomiernie na całej pwierzchi (oprócz boków), przykrywamy drugim plackiem i delikatnie wałkujemy by połączyć warstwy. Nadmiar płynu, który mogą puścić duszone liście, możemy odsączyć ściereczką, następnie podpiekamy na rozgrzanej, suchej patelni przez 1-2 minuty z każdej strony. Placki najlepiej smakują z jogurtem (tradycyjnym lub wegańskim) z miętą i kolendrą z kapką soku z cytryny i skórką cytrynową. Polecam jako przekąskę lub lunch do pracy.

Ciasto można zrobić dzień wcześniej i przechować w lodówce.

Źródła: „Dzika Kuchnia” Łukasz Łuczaj, „Zioła w doniczkach” Effie Romain, Sue Hawkey, http://www.rozanski.li ,

paratha2

Wysokoenergetyczne babeczki – dla biegaczy

Ostatnio jakoś coraz szczelniejszym kordonem jestem okrążana przez biegaczy, a, że sezon biegowo/maratonowy w pełni to i potrzeby, że tak powiem, żywieniowe konkretne i krążą pytania „Co jeść?” żeby przed biegiem utrzymać wysoki poziom energii a potem, szybko zregenerować siły.

dla Bartka

Wysoki poziom węglowodanów – wszyscy unikają go jak ognia, wszyscy oprócz sportowców, i oczywiście biegaczy. To nie sztuka zrobić po prostu słodki deser, ale żeby oprócz przyjemności dostarczyć organizmowi potrzebnych witamin i minerałów, tak przy okazji, jakby od niechcenia – właśnie to mnie najbardziej interesuje. Dla tych co chcą sprawić miłą niespodziankę, i przyjemność podniebieniom swoich ukochanych biegających, wymyśliłam bombowe, wysokowęglowodanowe babeczki, z dodatkiem ważnych dla sportowców minerałów. Jest to bardziej odżywcza, ale też droższa wersja mojego ciasta buraczano-czekoladowego (==> link), zwykłą mąkę zastąpiłam tu z powodzeniem mąką pełnoziarnistą. Jeżeli jeszcze dodamy nadzienie z części daktyli lub owoców z domowej konfitury np. truskawkowej lub jagodowej efekt będzie piorunujący, a babeczki znikną w oka mgnieniu.

Te słodkości to również świetna przekąska jeżeli wybieramy się na długą górską wycieczkę.

Z tego przepisu wychodzi około 20 dużych babeczek, a w każdej z nich (biorąc pod uwagę tylko wartości odżywcze z daktyli i buraków), m.in.: 16 g węglowodanów, 154 mg Potasu (3,5 % dziennego zapotrzebowania – RDA), 0,007 mg Miedzi (8% RDA), 0,25 mg Żelaza (3% RDA).

IMG_0001_1

Przepis

  • 100g czekolady mlecznej i 100g czekolady gorzkiej
  • 110g mąki pszennej pełnoziarnistej typ 2000
  • 3 jajka
  • 350 g suszonych daktyli bez pestek
  • 100ml oleju
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • około 250 g surowych czerwonych buraczków startych na tarce o drobnych oczkach

Czekoladę do ciasta połamać na kawałki, rozpuścić w kąpieli wodnej. Daktyle zmiksować na gładką masę, wbić jajka i dokładnie wymieszać, a następnie powoli dodać olejem, i mieszać do uzyskania kremowej masy. Delikatnie połączyć masę z ekstraktem waniliowym, mąką przesianą z proszkiem do pieczenia i sodą. Ze startych buraków odcisnąć nadmiar soku, ale nie za bardzo. Dodać je do ciasta, a następnie dodać rozpuszczoną czekoladę. Wymieszać dokładnie. Przełożyć masę do foremek na babeczki, do 3/4 wysokości.  Jeżeli chcemy dodać nadzienie, nakładamy masę do połowy wysokości, następnie pół łyżeczki owoców z konfitury i uzupełniamy ciastem. Piec w piekarniku nagrzanym do 180ºC przez około 15 minut (termoobieg), do tzw. suchego patyczka.

IMG_0001

Smacznego😛

Aglio Olio według CrazyLittlePolka.

Męczący dzień w pracy. Mam ich coraz więcej. Głód ściska żołądek, a sił brak żeby robić coś wyszukanego. Lenistwo jest wtedy obezwładniające i najchętniej wyszłabym wtedy do najbliższej pizzerii. Ale hola, hola, stop, nie poddawajmy się tak łatwo, bo mam na takie dni swój żelazny przepis – stary jak świat i powszechnie znany, który można robić w nieskończonych wariantach w zależności od pory roku, albo po prostu zawartości lodówki, a może nawet tego co akurat dostępne jest w naszym ogródku. To proste wyjście z sytuacji, i co najważniejsze szybkie, bo człowiek w desperackim głodzie chce jeść szybko, teraz, natychmiast. To danie najczęściej ratuje mi życie, konsumpcja w wersji instant. Uwierzcie to danie jest w stanie zaspokoić potrzeby smakosza i może współzawodniczyć z takimi daniami proponowanymi przez restauracje. Bo sztuką codziennego dnia jest zjeść po pracy szybko, zdrowo i niedrogo.

Tym tak uniwersalnym daniem jest moja wersja makaronu „aglio olio”, który można przygotować na tysiąc sposobów. Stałymi składnikami są w nim – oczywiście makaron, w różnych kształtach w zależności od składników, oliwa z oliwek (jakżeby inaczej ), czosnek i ziarna słonecznika. Prosty, zdrowy sos przygotowujemy w czasie gdy gotuje się makaron, a sos jest tak prosty, że każdy kucharz, nawet bardzo początkujący jest w stanie go przyrządzić.

IMG_0013

Składniki dla dwóch osób

makaron pełnoziarnisty (najczęściej spagetti, linguine albo penne)

1-2 ząbki czosnku

szczypta lub więcej suszonych papryczek chili w płatkach lub pół/cała świeża papryczka

2 łyżki oliwy z oliwek Extra vergine

garść ziaren słonecznika

i zasadniczy dodatek w tych wiosennych dniach – duża garść nierozwiniętych kwiatów mniszka lekarskiego (o wartościach odżywczych mniszka pisałam w poprzednim poście ==> link)

IMG_0007_1

Gotujemy makaron. W tym czasie, na rozgrzaną patelnię wlewamy oliwę z oliwek, wrzucamy papryczki (suszone lub świeże posiekane), po krótkiej chwili wrzucamy posiekany czosnek i pestki słonecznika. Znowu po chwili, kiedy wszystko będzie lekko złote wrzucamy elementy zielone, dzisiaj, nierozwinięte kwiaty mniszka lekarskiego i krótko blanszujemy. Odcedzamy makaron i gorący wrzucamy na patelnię gdzie przygotowywaliśmy nasz „sos”, mieszamy i podajemy. Jeżeli danie jest zbyt suche można podlać oliwą, np. smakową, ja lubię truflową (ewentualnie przed odlaniem makaronu do sosu można dodać 1-2 łyżki wody z gotowania). I pałaszujemy, na zdrowie.

Dlatego nastpnym razem kiedy zmęczeni po pracy będziecie padać z nóg, zamiast iść na łatwiznę i kupować coś szybkiego, pomyślcie o zrobieniu tego prostego dania.🙂

 

 

 

 

Mniszek lekarski – chwast, z którego się cieszę

 

IMG_4316

Chwast, to najczęściej roślina niepożądana w naszych ogródkach, a ja w przeciwieństwie do reszty, jak to na Szaloną Polkę przystało, zawsze cieszę się, kiedy po zimie na moim trawniczku wyrasta cała masa jednego z nich. Moje plecy, nie są co prawda zadowolone z odchwaszczania, ale co tam, jakoś zawsze, suma sumarum, przeżywają. Odchwaszczamy albowiem ręcznie, nasz ogródek, jest przecież bez chemii i innych tego typu wynalazków. Trawnik uprawiany jest tak jak moje grządki warzywne – to przecież jedna z grządek😉 , a ja jako kobieta zaradna, staram się wykorzystywać w kuchni wszystko co jest jadalne, nawet rośliny uważane za chwasty. W tej chwili mam najwięcej właśnie moich ukochanych mniszków lekarskich (Taraxacum officinale), czyli mleczy, a wręcz jest ich tyle, że mogłabym spokojne obdarować kilka gospodarstw domowych – dzięki półdzikiemu, sąsiedniemu ogródkowi.

Mlecze są fantastyczne. Teraz kiedy organizm potrzebuje wszystkiego, co świeże, są jak znalazł. Mają tyle witamin i minerałów, że grzechem byłoby wyrzucić taką zieleninę tylko na kompost. Jeśli weźmiemy pod uwagę jego wartości odżywcze, spokojnie możemy porównać mniszka ze szpinakiem, i tak jak ten ostatni możemy stosować mniszka w kuchni.

Jadalne w mniszku jest wszystko od korzenia po kwiaty. Liście możemy jeść cały rok, najlepiej z młodych roślin, będą miały mniej goryczki. Kwiaty jemy wiosną, a korzenie zbieramy jesienią – wtedy mają najwięcej wartości odżywczych.

Ziele mlecza na surowo znajdzie zastosowanie w pesto, w sałatkach, na kanapkach, jako dodatek do koktajli, potem ziele i kwiaty, wraz z nierozwiniętymi pączkami to fantastyczne dodatki do omletów, zup, warzyw z patelni, nadzienie bułeczek, pierożków, sosów do makaronu, zapiekanek. Z kwiatów wiele osób robi syropy, piwo, wina musujące. Korzenie  stosowane są w ziołolecznictwie. Wachlarz możliwości wykorzystania mniszka jest szeroki, co nam tylko wyobraźnia podpowiada.

Ja najcześciej w kuchni wykorzystuję ziele. W tym roku przekonałam się jednak do gotowania z nierozwiniętymi pączkami kwiatowymi. Mają znacznie więcej smaku niż liście, przypominają trochę zielone szparagi (propozycja szybkiego, ekonomicznego makaronu dla zapracowanych będzie w następnym odcinku). Na koniec, jeszcze tylko, właściwości mniszka i jego wartości odżywcze.

IMG_4288

Mniszek lekarski ma działanie oczyszczające, antyoksydacyjne, odwadniające, moczopędne i przeciwzapalne. Napar z ziela poprawia funkcjonowanie wątroby i nerek, wzmaga wydzielanie żółci, poprawia trawienie. Mleczny sok z ziela lub korzeni stosowany był dawniej jako środek przeciwko brodawkom i kurzajkom.

100g świeżego ziela mniszka lekarskiego zawiera:

witaminy

Witamina A – 10 161 j.m.(IU) (338% dziennego zapotrzebowania – RDA)

Witamina K – 778,4 µg (649 % RDA)

Witamina C – 35 mg (58% RDA)

Witamina E – 3,44 mg (23 % RDA)

Witamina B2 (ryboflawina) – 0,26 mg (20 % RDA)

Witamina B6 (pirydoksyna) – 0,251 mg (19 % RDA)

Witamina B1 (tiamina) – 0,19 mg (17% RDA)

Kwas foliowy – 27 µg (7 % RDA)

Witamina B3 (niacyna) – 0,806 mg (5 % RDA)

minerały

Żelazo – 3,1 mg (39 % RDA)

Wapń – 187 mg (19 % RDA)

Mangan – 0,342 mg (15 %)

Magnez – 36 mg (9 % RDA)

Fosfor – 66 mg (9% RDA)

Potas – 397 mg (8 % RDA)

 

(źródła: http://www.nutrition-and-you.com; Detlev Henschel „Jadalne dzikie jagody i rośliny”; Łukasz Łuczaj „Dzika kuchnia”)